środa, 7 lipca 2010
"PIESKI PANA KIESZONKI" Margaret Wild
Pan Kieszonka to bardzo miły i spokojny starszy człowiek. A skąd to nazwisko? Ubiera się w wielkie palto z ogromnymi kieszeniami. Troskliwie opiekuje się dwoma uroczymi pieskami: Pickiem i Puckiem. Bardzo ich kocha i wszędzie zabiera. Chodzi z nimi również do sklepu na zakupy, wkładając czworonożnych pupilów właśnie do tych wielkich kieszeni. Nie zauważył jednak, iż zaczęły się pruć, przez co jeden z podopiecznych zgubił się w końcu i nie mógł odnaleźć swojego pana. Jak się ta historia skończyła, doczytacie w książce. Dopowiem tylko, że pieski musiały nieźle się nagłówkować, by dać panu Kieszonce do myślenia. Polecam szczególnie świetne ilustracje Stephena Michaela Kinga. Rysowane niespokojną kreską, wypełnione żywymi kolorami, zdominowały całe, duże strony. Niezwykłe i oryginalne. Niepowtarzalne.
"- Mamo, zobacz! - krzyknęła dziewczynka z wózeczkiem dla lalek. - Ten piesek się zgubił!
- Wiesz co? - powiedziała mama. - Posadzimy go w twoim wózku i spróbujemy odnaleźć jego pana.
Mama i córeczka wsadziły Picka do wózeczka dla lalek i ruszyły przed siebie.
Ale Picek nie chciał być psem z wózeczkiem dla lalek. Był pieskiem kieszonkowym. Należał do pana Kieszonki!
Wyskoczył więc z wózeczka i uciekł co sił w łapach."
www.egmont.pl
Etykiety:
Egmont,
Margaret Wild,
Stephen Michael King
piątek, 2 lipca 2010
"DZIADEK NA HUŚTAWCE" Renata Piątkowska
W końcu odkryłam książkę typowo nie-cukierkową. Oczywiście jest to lektura dla każdego dziecka, ale według mnie ze wskazaniem, właśnie na paroletniego chłopaka. I tego, który posiada swojego Dziadka i takiego, który go nie ma. Może się wydawać, że seniorzy w rodzinie tylko rozpieszczają i "psują" dzieci. Tak, to prawda i mają do tego pełne prawo. Tak ma być. Ale równie dobrze wychodzi im także wychowywanie wnuków, ale nie jest ono takie metodyczne, książkowe, obowiązkowe czyli rodzicielskie, tylko właśnie spontaniczne, naturalnie łagodne i wesołe. Nie pozbawione odpowiedzialności, ale równocześnie nie męczące i twarde. Za to bardziej pobłażliwe i wyrozumiałe.
Początek książki przypomniał mi tytuł "Czy umiesz gwizdać, Joanno?", która również traktuje o przyszywanym Dziadku i jego przyjaźni z wnukiem. Witek był właśnie tym nieszczęśliwym chłopcem, który nie mógł pochwalić się nikomu swoim Dziadkiem, bo po prostu go nie miał. Smucił go brak tak ważnego w życiu każdego dziecka dorosłego przyjaciela i powiernika. Postanowił go sobie poszukać. I znalazł... za płotem. Spokojny pan Teofil nie sprawiał wrażenia człowieka ciekawego i przebojowego. Przy bliższym poznaniu jednak wiele zyskiwał, co więcej stał się wzorem i autorytetem dla nowego wnuka. Dziadek robił najlepsze na świecie melaśniki (nie mylić z naleśnikami!), potrafił naprawić każdy zegar (nawet ten ze wskazówkami i kukułką!), uwielbiał huśtać się na jabłoni (przecież tak mają wszystkie chłopaki!), nauczył chłopca odganiać zmartwienia (za pomocą chmur!), a nawet rozwiązywać konflikty z kolegami (niekoniecznie używając pieści!). Udowadnia, iż warto mieć marzenia i namawia do wysiłku, by wciąż się uczyć i poznawać świat. Czyż nie taki właśnie powinien być Superdziadek? Witek miał naprawdę wiele szczęścia. Zazdroszczę!
"- Witam mojego małego sąsiada. A kogo mi tu dziś przyprowadziłeś, Marcinku? - spytał, otwierając gościnnie furtkę.
- To Witek - przedstawiłem kolegę i musiałem go aż trzy razy szturchnąć, zanim wyjął pudełko i powiedział:
- Proszę, to dla pana.
- A to ci niespodzianka. Nie pamiętam już, kiedy dostałem jakiś prezent. - Pan Teofil oglądał pudełko ze wszystkich stron.
- Może pan w nim trzymać okulary. Sam je zrobiłem - pochwalił się Witek.
- No pięknie, ale takich ładnych pudełek nie rozdaje się ot tak, bez powodu. - Starszy pan patrzył na nas wyczekująco.
- Eee, no właśnie... - Witek wił się pod tym spojrzeniem, aż w końcu wypalił: - Bo ja chcę, żeby pan był moim dziadkiem.
- Dziadkiem powiadasz - zdumiał się pan Teofil. jego brwi powędrowały tak wysoko, że aż schowały się pod słomkowym kapeluszem, a papugi na kolorowej koszuli wytrzeszczyły oczy i otworzyły dzioby ze zdziwienia.
- Marcin powiedział, że pan się nadaje, a do tego ma pan psa i w ogóle - tłumaczył Witek, a na potwierdzenie jego słów rozległo się donośne szczekanie.
- Warczysław, do nogi! - wydał komendę staruszek.
- Jak on się nazywa? - Witek nie wierzył własnym uszom.
- Warczysław Łobuzkiewicz - wyjaśnił pan Teofil, a widząc nasze miny, dodał: - Uważam, że żaden szanujący się pies nie chciałby nazywać się Pikuś albo Bobik. O wiele lepiej brzmi Warczysław. A Łobuzkiewicz to oczywiście nazwisko."
www.wydawnictwobis.com.pl
Etykiety:
Artur Nowicki,
BIS,
Renata Piątkowska
czwartek, 1 lipca 2010
"PRZYGODY KROWY BALBINY" Iwona Kocińska
Czy krowa może być bohaterką książki? Oczywiście i to niezwykłą bohaterką. Balbina to krowa bardzo towarzyska, pomocna i gościnna oraz wbrew obiegowym opiniom - bardzo mądra. A nawet najmądrzejsza w całym gospodarstwie Babci i Dziadka. Ale ta książka opowiada również o innych mieszkańcach. A mianowicie o psie Nestorze, kocie Filipie, kaczkach, kurach, gęsiach. Swoje miejsce znalazły tu również brzoza, jabłoń, grusza, rumianki, koniczyna, siano, pszczoły, zające, myszy, żaby, bociany i zwykłe poziomki. Każdy odgrywa tu pewną rolę i dobrze, bo bez tego, ta opowieść nie byłaby tak ciekawa i dynamiczna.
Fabuła ksiażki nie jest może niczym odkrywczym, ale dla przeciętnego dziecka w dzisiejszych czasach może okazać sie jedynym źródłem wiedzy na temat zwierząt i przyrody. Kto dziś tak naprawdę posiada dziadków mieszkających na wsi, ba, prowadzących prawdziwe gospodarstwo. Niewielu może się tym pochwalić. To ważne dla dzieci, by przebywać w bliskości natury, w końcu jesteśmy jej częścią.Podobnie jak Dorotka, która od najmłodszych lat poznawała gospodarstwo i życie zwierząt. Na początku wszystko ją dziwiło, zaskakiwało, a nawet straszyło, ale z czasem zrozumiała, że nic złego nie może jej się przydarzyć u Dziadków. Razem z nią czytelnicy zapoznają się z życiem na wsi, pracą na roli, kolejnymi porami roku. Balbina posiadała swoje ulubione drzewo, przy którym spędzała większość czasu, słynęła z "produkcji" rumiankowego mleka. Okazało się, że posiada także zmysł detektywa oraz potrafi bardzo zgrabnie narwać poziomek! Jak to możliwe? Ano poczytajcie, a dowiecie się o wiele więcej. Bo Balbina choć z pozoru to wielki i obojętny na wszystko ssak, udowadnia, jak delikatną, uczuciową i sympatyczną może być przyjaciółką, sąsiadką i koleżanką. Książka to rok z jej życia, kiedy to ciekawie, szybko i przeważnie wesoło biegnie czas. Zdarzało się jej zabłądzić, daleko, hen, aż pod jezioro lub też zniszczyć płot. Ale któż nie wybaczy jej tych psot? Wiosna, lato i jesień to pory roku, gdzie zawsze coś się dzieje, nie ma czasu na nudę i brak zajęcia. Ale zimą... Balbina zawsze bardzo smutno witała tę zimną i smutną porę roku. Kojarzy jej się, zapewne i innym również, z brakiem jedzenia, świeżej trawy, spacerów na łąkę. Tęsknota za słońcem i Dziadkami powodowała zły humor oraz łzy krowy. Ale na przyjaciół mogła liczyć. Bo oni robili wszystko, by umiliś jej ten czas. Byle do pierwszych dni wiosny.
Książka jest pięknie wydana, posiada duże litery, grube kartki, papier kredowy. Dość duże gabaryty mogą zmylić potencjalnego czytelnika, a nawet go zniechęcić do sięgnięcia po książkę. Półsztywne stronice, wielkie, wyraźne ilustarcje na każdej z nich sprawiają, że książka jest obszerna. To akurat wielki atut. Nie ma nic przyjemniejszego dla początkującego małego amatora czytania niż oglądanie kolorowych obrazków, które malowane jakby na płótnie dają złudzenie głębi i wielowymiarowości. A to stwarza wrażenie ruchu i życia bohaterów na papierze. Prosty zaś i zrozumiały tekst nie nuży i nie męczy. Miłej lektury spokojnie wystarczy na kilka dni. Zachęcam do spotkania z Balbiną!"W tym momencie podszedł do nich Dziadek i zdjął kota z pleców Balbiny.
- Dość zabawy, idź łowić myszy - powiedział do kota i poszedł po rower. Ale kiedy wrócił, kot jakby nigdy nic siedział na grzbiecie krowy. Dziadek znów go zdjął, ale zanim siadł na rower, kot z powrotem wskoczył na plecy Balbiny.
- Co to ma znaczyć? - zapytał Dziadek. I już podchodził do kota po raz kolejny, kiedy zobaczył, że z oczu Balbiny spływa wielka łza. Zatrzymał się. Zamyślił.
- A zresztą, chcesz iść z nami na łąkę, to chodź - machnął ręką i wsiadł z powrotem na rower. - Skoro Balbinie na tym zależy.
I pojechali. Krowa oczywiście szła bardzo wolno, z dumnie uniesioną głową, uważnie rozglądając się na boki."
www.skrzat.com.pl
Etykiety:
Agnieszka Semaniszyn,
Iwona Kocińska
piątek, 25 czerwca 2010
"TEKLA I PŁACZĄCY BRACISZEK" Krystyna Śmigielska
Chyba nie jeden z nas, dorosłych, chciałby takiego anioła stróża dla swojego dziecka, jakim była dla Jagódki Tekla. Ta prawdziwie wierna przyjaciółka czuwała nad małą pięciolatką w czasie jej spotkania z nowonarodzonym braciszkiem. Jak się można spodziewać dziewczynka nie była tym zachwycona. Wręcz przeciwnie, początkowo nie znosiła samego chłopczyka, ba, nawet rodziców przestała lubić. A może tylko jej się tak wydawało. Przecież to naprawdę trudne, tak od razu po kilku latach "panowania" w rodzinie jako jedyne i najukochańsze dziecko, oddać tron płaczliwemu, brzydkiemu, a jednak uwielbianemu przez mamę i tatę przybyłemu niewiadomo skąd i po co, niepotrzebnemu rodzeństwu. Co więcej, Jagódce nie są obce nie tylko wrogie uczucia, ale i zachowania. Dlatego wkracza tu Tekla, która ma zadanaie nauczyć starszą siostrę miłości i odpowiedzialności za Kamilka. Powiecie, że to za małe dziecko. Oczywiście, bo tak naprawdę nie chodzi o natychmiastową zmianę dziewczynki, ale stopniowe poznawanie nowych uczuć i zadań w rodzinie. Wiem co piszę, bo sama tego oświadczałam dwa lata temu. No tak, ale ja jestem dorosła i mogłam sobie jakoś z tym poradzić. Gorzej ze starszą córką, bądź co bądź nie przygotowaną na taki wielki przełom w jej czteroletnim życiu. O,j ile bym dała, by mieć wtedy pod ręką taką Teklę. Pewnie wylałybyśmy o wiele mniej łez i byłoby mnie złości. Minęło jednak, co najtrudniejsze i dziś Adam z Olą świetnie się ze sobą bawią i ... kłócą. Bo to, też jest im potrzebne. Ale czy tak naprawdę istniej taka na świecie Tekla? Podpowiadająca co robić, w którą stronę iść, rozumiejąca język niemowlaków, psów i samochodów? Może tak, a może nie. Może to tylko wewnętrzny głos dziecka, dojrzewającej do nowego etapu życia starszej siostry. Może to inna dziewczynka, już po" przejściach noworodzeństwowych", a może sam anioł sróż. Jeśli jesteście tego ciekawi odsyłam do książki. Ja pomimo zakończenia tego gorącego czasu, wzajemnego poznawania się i docierania dzieci, z miłą chęcią przeczytałam lekturkę. Tak z czystej ciekawości. Czy w innych domach jest podobnie i jak można zaradzić problemom z tego tytułu płynącym. Polecam.
Ilustracje Eweliny Kramarz są jak plaster na ranę. Słodkie, lekkie, kojące. Dokładnie takie jakie są potrzebne na bolący problem dzieci. Drugich i kolejnych w rodzinie. Przeżywających ciężkie dni, tygodnia, miesiące po przyjściu na świat nowego rodzeństwa.
"Cała rodzina tłoczyła się w przedpokoju i rozprawiała o Kamilu tak, jakby to był najważniejszy człowiek na Ziemi. Nawet tatuś, jej kochany tatuś, mówił dziwne i niezrozumiałe rzeczy. Przecież od pięciu lat jest już ojcem... Ma przecież ją, Wiktorię, więc po co mu ten mały Kamil? Co z tego, że to chłopak? Nie potrafiła pojąć, dlaczego tatuś jest z niego taki dumny...
Na dziewczynkę nikt nie zwracał uwagi, nikt się z nią nie witał, nikt nie pytał, czy jest zdrowa, i czy przypadkiem nie jest jej smutno. Cichutko wycofała się do swojego pokoju... Zamknęła za sobą drzwi... Położyła się na tapczaniku obok Tekli i zasłoniła uszy rączkami."
www.skrzat.com.pl
Etykiety:
Ewelina Kramarz,
Krystyna Śmigielska
wtorek, 22 czerwca 2010
"GRZEŚ, TATUŚ I DALEKIE WĘDRÓWKI" Ewa Ostrowska
Ewa Maria Ostrowska pseudonim: Brunon Zbyszewski, Nancy Lane, (ur. 24 grudnia 1938 roku w Wilejce (obecnie Białoruś) – polska pisarka i dziennikarka. Swoje pierwsze lata spędziła u dziadków – Bronisławy i Witolda Kondrackich, w Landwarowie. Przeżycia związane z tym okresem na zawsze utkwiły w jej pamięci. Tam żołnierz strzelał do niej, do pięcioletniej dziewczynki, tam dowiedziała się, że jej ojciec zginął w Katyniu. Dalsze lata spędziła z dziadkami w Ornecie na Warmii, potem przeniosła się do Łodzi.
Studiowała socjologię na Uniwersytecie Łódzkim pisywała w łódzkiej prasie, a potem wyprowadziła się na wieś, na Mazury, gdzie mieszka do dziś.
Debiutem książkowym był tom reportaży „Tort urodzinowy” z roku 1966, a debiutem powieściowym „Pierwszy dzień tygodnia”, powieść o rodzinie, pokazująca obłudę, hipokryzję i brak porozumienia.
Autorka przede wszystkim powieści obyczajowych; interesuje ją krąg spraw rodzinnych. Wydała również książki dla dzieci i młodzieży, thrillery, kryminał i zbiór opowiadań. Za książkę Co tu słychać za tymi drzwiami otrzymała nagrodę IBBY (1983). Książki wydaje jako Ewa Ostrowska.
To dziwne, ale do tej pory nie czytałam żadnej książki tejże autorki. Tak się jakoś złożyło. Może to i dobrze. Zawsze miałam bardzo idylliczne wyobrażenie rodziny, a zwłaszcza relację między rodzicami. A w tej książce spotykam dość dziwną Mamę i Tatę. Oczywiście w moim pojęciu. Autorka nie boi się przedstawić Mamy w sposób odmienny, przerysowany i kontrowersyjny. Bohaterka jest kobietą zimną, nieczułą, troszczącą się jedynie o ład, porządek i praktyczne wychowanie syna. Nie pozwala na beztroską zabawę kilkuletniego dziecka oraz bezowocne, jej zdanie, wspólne rozmowy i wędrówki z ojcem. Męża również traktuje jak trzecie koło u wozu, powtarzając, iż wciąż błądzi głową w chmurach. Niczemu to nie służy, a tylko szkodzi młodemu umysłowi. Zwłaszcza niepraktyczne, głupie wręcz coroczne prezenty ojca dla syna: globus, mikroskop, lupa, przewodniki i encyklopedie. Matka jest zdania, iż tego co nie widać nie warto poznawać, szkoda tracić na to czas i energię. Chłopaki więc oszukują, a nawet okłamują Mamę, pragnąc mimo wszystko rozwijąc pasję obserwacji przyrody. Zastanawiają się również w jaki sposób można byłoby zmienić Mamę, uwrażliwić ją na piękno świata i odwrócić od tej praktycznej strony życia. Tym bardziej, że jak Tata powtarzał, kiedyś było inaczej. Nie potępiam takiego obrazu, bo sama niestety daję się wciągnąc w ten kierat codzienności, odwracający moją uwagę od tego co najważniejsze. Dzięki tej książce znów mam wielkie postanowienie zmiany. No, choćby próby. Wydawać by się mogło, że taki model rodziny jest nie do pomyślenia w czasach dzisiejszych. To błąd. Coraz częściej jednak spotykam rodziców zajmujących sie wszystkim, tylko nie dziećmi. Dom, praca, brak czasu, sztywne wymogi wychowacze robią z nas robotów, zapatrzonych tylko w jedną stronę. Nie ma mowy o spontaniczności, spóźnieniu czy złamaniu czy nagięciu jakichkolwiek zasad. To smutne, ale prawdziwe. Ta lektura daje jednak nadzieję. Na wspólne i własne, osobiste szczęście. Poznajcie jedną z wielu rodzin, którym udało się pokonać "gorzkie znaki czasu". Zobaczcie jak można poradzić sobie z tym, co dzieci nazywają sztywniactwem i wapniactwem.
Zróbcie to, nim będzie za późno.
"O rany! Tatuś przyniósł na talerzyku wielką porcję sernika! Chichocząc, opowiedział, że mamusia zdążyła zjeść pół czekoladowej babki i przynajmniej ćwierć sernika, a teraz leży na kanapie przed telewizorem i jęczy, że boli ją wątroba!
- Znaczy, tatusiu, że mamusia jest łakomczuchem. Ale ten sernik jest pyszny! Tym razem chyba rozumiem łakomstwo mamusi! Bo tak w ogóle to mamusi to przeważnie nie rozumiem. Co to oznacza, gdy mówi, że ty chodzisz z głową w chmurach?
- Pomyśl - odpowiedział tatuś.
"Pomyśl" należało do ulubionych słów Tatusia.
Grześ wylizał talerzyk z ostatnich okruszków sernika. Marszczył brwi i myślał.
- Nikt nie może chodzić z głową w chmurach, bo nikt nie jest wysoki aż do nieba.
- Każdy może. Nawet ty - oznajmił tatuś i dodał: - Pomyśl.
- To trudne myślenie,
- Wcale nietrudne. Powiedz, Grzesiu, dlaczego na przykład lubisz godzinami siedzieć na kładce nad jeziorem, nic nie robiąc?
- Ależ, tatusiu! - oburzył się Grześ. - Mówisz jak mamusia, kiedy mnie z tej kładki wypędza! Ja tam siedzę i patrzę!"
www.skrzat.com.pl
"O rany! Tatuś przyniósł na talerzyku wielką porcję sernika! Chichocząc, opowiedział, że mamusia zdążyła zjeść pół czekoladowej babki i przynajmniej ćwierć sernika, a teraz leży na kanapie przed telewizorem i jęczy, że boli ją wątroba!
- Znaczy, tatusiu, że mamusia jest łakomczuchem. Ale ten sernik jest pyszny! Tym razem chyba rozumiem łakomstwo mamusi! Bo tak w ogóle to mamusi to przeważnie nie rozumiem. Co to oznacza, gdy mówi, że ty chodzisz z głową w chmurach?
- Pomyśl - odpowiedział tatuś.
"Pomyśl" należało do ulubionych słów Tatusia.
Grześ wylizał talerzyk z ostatnich okruszków sernika. Marszczył brwi i myślał.
- Nikt nie może chodzić z głową w chmurach, bo nikt nie jest wysoki aż do nieba.
- Każdy może. Nawet ty - oznajmił tatuś i dodał: - Pomyśl.
- To trudne myślenie,
- Wcale nietrudne. Powiedz, Grzesiu, dlaczego na przykład lubisz godzinami siedzieć na kładce nad jeziorem, nic nie robiąc?
- Ależ, tatusiu! - oburzył się Grześ. - Mówisz jak mamusia, kiedy mnie z tej kładki wypędza! Ja tam siedzę i patrzę!"
www.skrzat.com.pl
Etykiety:
Ewa Ostrowska
czwartek, 17 czerwca 2010
"O DZIELNYM KRAWCZYKU" Anna Onichimowska
Powiem szczerze, że pierwszy raz natrafiłam na takie ilustracje w książce dla dzieci. A może to nie jest książka dla nich przeznaczona? Choć bajeczka trochę odbiega od klasycznego krawczyka, a raczej szewczyka Dratewki, znanego chyba wszystkim dzieciom, to treść nie jest tak ekscentryczna i "kosmiczna" jak ilustracje. Są piękne, jak obrazy w muzeum, ale jednocześnie bardzo niepokojące. Ni stąd ni zowąd słoń na suficie, głowa w lampie, ryba w klatce, wielkie jak człowiek jabłko, dziwne fryzury, potwory półludzkie - półzwierzęce. Nie miałam nigdy do czynienia z takim rodzajem sztuki malarskiej i pewnie się po prostu nie znam. Mnie zaniepokoiły, jakby to był zły sen.Choć starszą i grożą, to równocześnie kuszą i nęcą. Zachwyca kolorystyka, dokładność i misterna szczegółowość. Fantazja zaś jest najwyższych lotów. Niesamowite wrażenia estetyczne.
Olga Dugina (ur. w Moskwie 1964), Andrej Dugin (ur. w Moskwie 1955). Od 1989 roku mieszkają i pracują w Niemczech. Znani są również z ilustracji do książki Madonny (2004) The Adventures of Abdi - czwartej z serii pięciu bajek dla dzieci tejże artystki.
"Mały krawiec kazał rycerzom czekać na skraju lasu, a sam zagłębił się w gęstwinie. Noie uszedł daleko, kiedy usłyszał niezwykły dźwięk. Ziemia drżała, a z drzew sypały sięszyszki.. Na polanie leżało dwóch olbrzymów i chrapało, aż ptaki ze starchu pochowały sięw dziuplach. "Tu was mam" - pomyślał krawczy. Napełnił kieszenie kamieniami i wspiął się na drzewo. Ukrył się między listowiem, a potem pacnął kamieniem w nos pierwszego olbrzyma. Olbrzym zerwał się i zaczął mocno szarpać swojego brata za ramię.
- Czyś ty zwariował? - krzyczał. - Dlaczego mnie bijesz?
- Coś ci sięprzyśniło... - mruknął sennie drugi olbrzym.
Pac, pac, pac, bombardował krawczyk kamieniami to jeden nos, to drugi. Olbrzymi zezłościli się na siebie nawzajem, zaczęli siękłócić i wymyślać sobie od najgorszych, a w końcu wzięli sięza bary. Ale i tego było im mało. Powyrywali drzewa z korzeniami i zaczęli sięnimi okładać, gdzie popadnie. "Żeby tylko nie wyrwali mojego" - myślał krawczyk, ale do tego nie doszło, bo bracia leżeli już martwi."
Białostockie Zakłady Graficzne, Warszawa 2000
www.egmont.pl
Etykiety:
Andrej Dugin,
Anna Onichimowska,
Egmont,
Olga Dugina
środa, 16 czerwca 2010
""W SZKLANEJ KULI" Alicja Baluch
Wyczytanki Alicji Baluch z Baśni braci Grimm
To, najprościej pisząc, zbiorek współczesnych odwołań do dawnych, ale jakże dobrze znanych wszystkim, historyjek i podań. Top nic innego jak przeniesienia świata czarów, magii, zaklęć na grunt dzisiejszego spojrzenia dzieci na wiele spraw w ich otoczeniu. Książeczka stanowi nie jako tłumaczenie "grimmowskich" baśni na język dobrze znany maluchom, przybliża rzeczy nie będące w zasięgu ręki, pomagając zrozumieć i odróżnić dobro od zła. Na pewno nie raz zdarzyło się rodzicom "przenosić" starą, klasyczną bajkę na opowiadanie posługując się znajomymi wyrażeniami i przedmiotami. Tu mamy tego przykłady i czasem warto z tego skorzystać. Pokażemy dzieciom czym jest prawdziwa przyjaźń, miłość, oddanie i poświęcenie. Tego nie da się nauczyć, o tym trzeba rozmawiać i wspólnie doświadczać. W rodzinie. Potem w życiu.
ALICJA BALUCH - kierownik Katedry Literatury dla Dzieci i Młodzieży krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego. Autorka między innymi książek pod tytułem: "Archetypy literatury dziecięcej", "Pogaduszki do poduszki" (o literaturze dla najmłodszych). Są to rozważania o książkach dla dzieci i młodzieży i o sposobach lektury, które wiodą od zabawy do poważnej rozmowy o literaturze. Liczne zaś wstępy i artykuły dotyczą dziecięcego spojrzenia na świat przez pryzmat literatury. Pisarka przekonuje, iż dawne baśnie, bajeczki są nadal aktualne, a przede wszystkim potrzebne współczesnemu dziecku.
"- Co ci się stało królewno?? Płaczesz tak żałośnie, że kamień by się wzruszył.
Obejrzała się królewna nie wiedząc, skąd pochodzi ten głos i oto ujrzała żabę, która wytknęła z wody, brzydką, płaską głowę.
- Ach, to ty, stara ropucho! - zawołała. - Płaczę, bo złota kula wpadła mi do studni!
- Uspokój się i przestań płakać - odparła żaba - ja ci pomogę. Ale co mi dasz, jeśli ci przyniosę z powrotem twoją zabawkę?
- Wszystko, czego chcesz, kochana żabo...
Zgaduj zgadula, gdzie złota kula... bawiły się dzieci na korytarzu w czasie przerwy. Justyna marzyła o tym, żeby złota kula dostała się w jej ręce. Niestety, nic z tego nie wychodziła. Justyna czekała nadaremnie. Wreszcie poprosiła Żanetkę, którą wszyscy nazywali Żabcią, żeby właśnie jej ofiarowała złotą kulę, jeśli będzie ją posiadać.
- Dam ci za to mój nowy długopis z fontanną.
I stało się tak, jak wymarzyła sobie Justyna. Żabcia włożyła w jej zamknięte dłonie złotą kulę i dzieci musiały odgadnąć, że to ona ją posiada. Justyna była bardzo szczęśliwa . Ale kiedy po skończonej zabawie Żabcia podeszła do koleżanki po obiecany długopis z fontanną, Justyna wzruszyła ramionami i odepchnęła koleżankę od siebie.
- Zwariowałaś żabo? Chyba nie myślisz, że mówiłam poważnie i że naprawdę podarowałabym ci długopis z fontanną za takie głupstwo.
Żabcia spuściła głowę i odeszła."
Etykiety:
Alicja Baluch,
Skrzat
wtorek, 8 czerwca 2010
"DZIEŃ CZEKOLADY" Anna Onichimowska
Niezwykła książka. Nic dziwnego, że została doceniona i nagrodzona w Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren. Bardzo ciepła, pogodna i mądra. Pomimo tego, że nie traktuje wprost o bardzo trudnych i ważnych sprawach, to dotyka tego, czego my dorośli bardzo się boimy. A mianowicie straty osoby bliskiej, pustki i samotności po niej. A tu jeden mały chłopczyk potrafił sobie z tym poradzić. Powiem Wam, że mnie zaskoczył i ujął tym bardzo. Nie zdajemy sobie sprawy jak dzielne i mądre potrafią być kilkulatki. Książka pokazuje i uczy jak cieszyć się z każdego dnia, chwili i wydarzenia. Poszczególne rozdziały odnosząc się do konkretnego stanu rzeczy w życiu bohatera, podają wskazówkę: gdzie i jak iść dalej. Dawid w czasie wielkiego smutku po śmierci siostry zyskuje przyjaciółkę Monikę. Na każdym kroku stara się spełnić jej marzenia o tańcu, nowym domu i dorosłości. Jak na prawdziwego przyjaciela przystało. Zdradza jej nawet tajemnicę kotki Zuzi, którą chłopiec uważa za wcielenie siostry. Dorośli oczywiście tego nie rozumieją. Należy więc o pomoc zwrócić się do Pożeracza Poniedziałków oraz Skoczka Czasu. Oni z pewnością zaradzą kłopotom Moniki z opieką społeczną i spełnią jej wielkie pragnienie bycia dorosłą. Przepiękna opowieść o dojrzewaniu, pierwszej miłości i szczęściu.
Nie sposób oczywiście przejść obojętnie obok cudnie kolorowych i wymownych ilustracji Anny Kaszuby-Dębskiej, dodających odpowiedniego uroku i klimatu książce. Szczerze polecam!
Siedzieliśmy w krzakach obok Zuzi. Od kiedy powiedziałem Monice, że to moja siostra, sporo czasu spędziliśmy razem.
- Ciocia powiedziała, że wkrótce przywiezie mnie tu z powrotem, ale na razie nic się nie da zrobić. Poprosiła też, żebym nie wyjeżdżała do babci.
- To może uciekniemy gdzie indziej? - zaproponowałem. Do poniedziałku był prawie tydzień.
Monika zgodziła się od razu. Zuzia chyba też, bo ruszyła za nami. Wziąłem z domu swoją skarbonkę i dwa naleśniki z serem. Mama pieliła akurat ogródek, więc krzyknąłem tylko, że wychodzę z Moniką. Monika wyniosła od siebie globus, żebyśmy się nie zgubili po drodze, spódniczkę hula i kilka jabłek.
- Dokąd się wybieracie? - dogonił nas jeszcze przed furtką głos pani Agnieszki.
- Uciekamy - przyznałem.
- Ale mam nadzieję, że wrócicie na obiad? - spytała.
- Nigdy już nie wrócimy! - zawołała Monika, złapała mnie za rękę i pobiegliśmy."
Świat Książki
Etykiety:
Anna Kaszuba-Dębska,
Anna Onichimowska,
Świat Książki
poniedziałek, 7 czerwca 2010
"CÓRKA I CÓRUCHNA, TULULU", "SZEWCZYK DRATEWKA I INNE BAŚNIE" Joanna Laskowska
Etykiety:
Joanna Laskowska,
Skrzat
sobota, 5 czerwca 2010
"RWETES W OGRODZIE" Sven Nordqvist
Pozostałe zwierzęta na równi z gospodarzem i jego kotem również grają pierwszoplanowe role. Kury pijące herbatkę przy stoliczku, śpiące na prawdziwych mini łóżkach, czeszące się przy toaletce, czytające gazety. Urocze, ale głupie i ciekawskie krowy, głodny świniak, ptaki sprzątające swoje domki.
A nasi bohaterowie po raz kolejny musieli stawiać czoła piętrzącym się problemom i ciągłym przeciwnościom losu by zrealizować swój plan. Nie było łatwo, ale upór i anielska cierpliwość starego Pettsona zakończyła wiosenne roboty w polu i ogrodzie ze skutkiem co najmniej zadowalającym. Cieszę się, że odkryliśmy te książki. teraz będziemy polować na najnowszą cześć: "Pettson na biwaku"
"Pettson poszedł do zagrody dla kur i wykopał rowek. Kury zatrzymały się przed ogrodzeniem.
- Nie ma tu ani jednej larwy. Zjadłyśmy wszystkie - powiedział Głuptaska, która była najważniejszą kurą. To ona decydowała o wszystkim.
- Ależ są - odparł Pettson - tutaj jest pełno larw. Wejdźcie, to zobaczycie.
- Jeżeli tu wejdziemy, to ty nas zamkniesz, tak że nie wyjdziemy z powrotem - oświadczyła Głuptaska.
Pettson zamilkł, bo dokładnie tak miał zamiar robić.
- Nieee, nie sądzę...- powiedział trochę niepewnie.
Wtedy Findus krzyknął ze wszystkich sił:
- IDZIE LIS!
I tak oto furkocząc i gdacząc, kury znalazły się za płotem. Pettson szybko wyszedł na zewnątrz, zamykając za sobą ogrodzenie."
Wszystko i wszyscy w tej książce mają swoją historię. Warto to zobaczyć. I pośmiać się do łez.
www.mediarodzina.com.pl
Etykiety:
Media Rodzina,
Sven Nordqvist
wtorek, 1 czerwca 2010
"PIOSENKI DLA PRZEDSZKOLAKA"
Co by tu przygotować dla świętujących dziś dzieci? No jak to co? Imprezkę! Z muzyką, ciastami i balonami! I nawet aura deszczowa i chłodna zmusza niejako nas wszystkich do pozostania w domu. Ale wcale nie musi być nudno! Raz dwa przystrajamy pokój, w tym najlepsza jest moja mała "projektantka wnętrz" Ola, otwieramy pudło ciastek (akurat w ich zjadaniu przoduje Adaś) i co najważniejsze - nastawiamy MUZYKĘ. Na to też jest sposób. Płyta z dziecięcymi piosenkami do tańca i śpiewania. Dołączona jest do książeczki, w której prócz prostych tekstów Danuty Zawadzkiej i zabawnych ilustracji Agnieszki Kłos, amatorzy instrumentów znajdą rozpisaną na pięcioliniach muzykę. Zanosi się na wspaniała zabawę.
WSZYSTKIM DZIECIOM ŻYCZYMY WSPANIAŁEGO DZIECIŃSTWA!!!
"Kózka Klara, jedząc trawę,
marzy, by iść na zabawę.
A że trawa pachnie rosą,
na zabawę chce iść boso
Chce iść boso, tra la la la
i chce tańczyć: hop sa sa sa!
Chce założyć suknię w groszki
i babciną drogą broszkę.
Chce spiąć grzywkę spinką złotą,
niech się ludzie dziwią: kto to?
Chce iść boso, tra la la la
i chce tańczyć: hop sa sa sa!
Potem wsiądzie do karety,
skinie głową na stangreta.
Konie pomkną w siną dal
i zawiozą ją na bal.
la, la, la, la
la, la, la, la
i zawiozą ją na bal!"
www.skrzat.pl
Etykiety:
Skrzat
środa, 26 maja 2010
"ARYSTOTELES" Dick King-Smith
Czy wyobrażacie sobie czarownicę bez kota? Oczywiście, że nie! A czy ta sama czarownica powinna być miła, pomocna i kochająca zwierzęta i ludzi? A czemu nie? Taka bowiem jest Belladonna. Może nie tak ładna i młoda sugeruje imię, bo wiekowa już, siwa z długim nosem i sterczącą brodą, ale za to troskliwa i przeurocza. Kiedy zobaczyła maleńkie białe kociątko, niewiele myśląc zabrała je do siebie, choć powinnien to raczej być kruczoczarny stary kocur. Ale w życiu potrzeba czasem zmian. A ile kłopotów i wybryków narobił Arystoteles to tylko ona sama mogła wiedzieć. I nawet jej magia nie potrafiła dodać mu madrości i powagi. Pewnie to i lepiej, bo nic tak nie uczy życia jak własne doświadczenia. Czarownica jednak była bardzo wyrozumiałą kobietą. Wiedziała, że jej ulubieniec ma przed sobą dziewięć żyć, które nasz niesforny i ciekawski świata bohater szybko wykorzysta. Opiekunka byla świadkiem wielu zabawnych, ale rownież niebezpiecznych przygód podopiecznego. Arystoteles poznał więc budowę całego komina wpadając do niego przez dach, smak mleka przewracając na siebie zapełniony nim po brzegi dzbanek. Następnie topił się w lodowatej rzece, a także omal nie wpadł pod pociąg. Miał też niemiłe spotkanie z psem, co najbardziej zapamiętał. Wszystkie te wydarzenia ujmowały kociakowi kolejne życia, czym martwiła się poczciwa czarownica. Ale może w końcu Arystoteles dojrzeje i stanie się prawdziwie poważnym czarodziejskim kotem? Zaglądnjcie do tej uroczej książeczki by się o tym przekonać!
"Arystoteles, wścibski jak wszystkie koty, wsunął łebek do budy i spróbował zobaczyć coś w ciemności. Nareszcie zaspokoił swoją ciekawość. W środku leżał na brzuchu jakiś wielki zwierz, trzymający wielką głową na równie wielkich łapach. To on wydawał te wszystkie niepokojące dźwięki i zapachy.
Tak oto Arystoteles po raz pierwszy w życiu zobaczył psa. Ale skąd mógł wiedzieć, że psy z reguły nie przepadają za kotami.
Sam zapach tego zwierzęcia i dźwięki, jakie z siebie wydawało, podpowiedziały jednak kociakowi, że lepiej będzie trzymać się od niego z daleka. Odstraszały go także białe, ostre kły, które błyskały przy każdym chrapnięciu.
I całe szczęście, bo brytan był nie tylko wielki, ale i groźny, a do jego zadań należało pilnowanie farmy. Na grubej szyi mial nabijaną ćwiekami obrożę, do której przyczepiony był solidny łańcuch, przybity z drugiej strony do budy.
Kociakowi nawet się nie śniło, że ten łańcuch uratuje cztery jego ostatnie życia, których o mało nie stracił za jednym zamachem"
ilustrował Bob Graham
http://www.egmont.pl/
Etykiety:
Dick King-Smith,
Egmont
środa, 19 maja 2010
"CZY UMIESZ GWIZDAĆ, JOANNO?" Ulf Stark, Anna Hoglund
Wiele ostatnio jest na rynku literatury w temacie śmierci. Nie wiem czy to skutek zmiany światopoglądu dorosłych na wychowanie dzieci, czy sprawiło to samo życie , pędzące i wymagające wcześniejszego dojrzewania do tego typu rzeczy. A może po prostu zwykła wewnętrzna potrzeba coraz mądrzejszych i ciekawych świata nowych pokoleń? Cóż, jakie by nie były przesłanki, temat jest arcyważny i podpieranie go takimi książkami jest też niezwykle potrzebne. Większość rodziców niedorastających w takim duchu nie potrafi przygotować swoje pociechy na odejście najbliższej osoby. Przemijanie czy śmierć są dla najmłodszych tak abstrakcyjne, że nawet nie zastanawiają się nad ich pojęciem, a tym bardziej zrozumieniem. Ale, że coraz częściej dotykają nas, samą choćby informacją z mediów, a przez to obecne są w życiu dzieci, nie sposób tego tak po prostu pominąć i zlekceważyć. Główny bohater nie ma dziadka, ale bardzo pragnie go posiadać i robić z nim to się zwykle robi z dziadkami. Znajduje go w domu starców, gdzie każdy pensjonariusz nie marzy o niczym innym jak o tym, by spędzać czas z wnukami. Każdy chyba poczuł czym jest miłość dziadków i zdaje sobie sprawę jak bardzo jest ona inna od rodzicielskiej, a przez to ważna i potrzebna. Nic więc dziwnego, że stary Nils bardzo się cieszył z każdej wizyty Bertila. W miarę, jak się coraz bardziej poznawali, okazało się, że nawet tak wiekowy staruszek potrafi wspinać się na drzewa, a nieśmiały siedmioletni chłopiec może nauczyć się wspaniale gwizdać. Na nic nigdy nie jest za późno. Nawet na pokochanie drugiego człowieka. I poświęcenie mu swojego czasu oraz oddanie siebie.
"Idąc korytarzem, napotkaliśmy pielęgniarkę w białym fartuchu. Spojrzała na brązowy kapelusz staruszka.
- A dokąd to Nils się wybiera? - zapytała.
- Idę na przyjęcie razem z wnukiem i jego najlepszym przyjacielem - uśmiechnął się staruszek. - Bo dzisiaj są moje urodziny.
- Nie wiedziała - zdziwiła się pielęgniarka.
- Bo to tajemnica - odparł Bertil.
Wtedy pielęgniarka poklepała Nilsa po policzku.
- Wszystkiego najlepszego! - powiedziała. - Bawcie się dobrze. I pamiętajcie, że ona ma kiepskie ręce, chłopcy.
- Ma najlepsze serce na świecie - powiedział Bertil."
www.zakamarki.pl
Etykiety:
Anna Hoglund,
Ulf Stark,
Zakamarki
wtorek, 18 maja 2010
"W ŚWIECIE PSÓW" Anna Horosin
Opowieści z naklejkami. One są ostatnio w naszym domu wielkim hitem. A jeśli traktują o zwierzętach to już rewelacja. Jakie są rasy, jak się zachowują, jak wyglądają to wszystko jest tak ciekawe, że dzieci nie mogą się wprost oderwać od licznych rysunków i naklejek. Książeczka opowiada również o tresurze oraz pielęgnacji i opiece zwierząt. Czworonożne pupile mają nawet swoje salony piękności oraz wystawy. To się bardzo spodobało córce. Niektóre z nich to prawdziwi detektywi i policjanci, co z kolei przyciągnęło uwagę syna. Musimy jeszcze upolować podobną pozycję o kotach:-))
"Najbardziej znanym psem ratownikiem był bernardyn Barry, który w Alpach uratował życie 40 ludziom. Łajka - kundel - była pierwszym psim kosmonautą, została wystrzelona na orbitę okołoziemską w satelicie Sputnik 2. Lassie to jedna z najsłynniejszych psich bohaterek filmowych, w jej rolę wcielało się wiele psów rasy owczarek szkocki. Fala, terier szkocki, pies prezydenta Stanów Zjednoczonych Franklina Delano Roosevelta, była świadkiem najważniejszych rozmów politycznych, została uwieczniona na pamiątkowym pomniku w Waszyngtonie. Dżok, czarny mieszaniec, który przez cały rok czekał na swojego pana na moście Grunwaldzkim w Krakowie, również doczekał się swojego pomnika."
www.skrzat.pl
Etykiety:
Anna Horosin,
Skrzat
piątek, 30 kwietnia 2010
"HISTORYJKI O ALICJI" Gianni Rodari
...która zawsze wpadała w kłopoty". Alicja jest tak malutka, że bardzo łatwo wpada w miejsca, o których sami nie wiedzieliśmy lub dawno zapomnieliśmy. Są też takie, które przez swą prozaicznośc nie zbudzają naszej ciekawości. Ale dla dziecka, zafascynowanego otaczającym światem nie ma nic nudnego czy trudnego. Dziewczynka w swej naturalnej spontaniczności i wrodzonemu zainteresowaniu wszystkim, poznaje kilka na pozór banalnych przedmiotów czy zjawisk. Przez przypadek wpada więc do szuflady z serwetkami i obrusami, do morza i do muszelki spotykając tam delfina. Przeżywa mrożące krew w żyłach przygody na wysokościach lecąc wewnątrz bańki mydlanej. Poznaje także najpiękniejsze bajki wpadając do książki. Zaznajamia sie z trudnymi słowami w kałamarzu pełym atramentu oraz poznaje królową świetlików. Czy to nie są ciekawe i nader pasjonujące miejsca? Jest jeszcze coś co przyciaga uwagę, a mianowicie świetne, jak zawsze zresztą, ilustracje pana Pawła Pawlaka! Szczrze polecam!
Ostatnią przygodę Alicji w torcie dedykuję moim dzieciom, kończącym właśnie teraz 2 i 6 lat. Jestem przekonana, że bardzo chcieliby sami skosztować takiej przygody, bo jedzenie tortu w tradycyjny sposób jest taki ... zwykły. Ale czy napewno? Przekonamy się na weekendzie, kiedy odbędzie się ich wspólna impreza urodzinowa. Znając moje rozrabiaki, spodziewam się niejednej niespodzianki i wybryku z ich strony. Ja mogę tylko życzyć im 100 lat zabawy i uciechy!!! Kocham Was bardzo mocno!!!
"Alicja w torcie
Alicja wpada zawsze i do wszystkiego. Pewnego razu wpadła do tortu. Oto dzień urodzin Alicji - na stole połyskuje tort z siedmioma świeczkami; dookoła stołu siedzą goście, duzi i mali, ale najmniejsza jest Alicja. W pewnej chwili goście zauważyli, że Alicja zniknęła. A przecież nie można się bez niej obyć. Najwyższy czas pokroić tort. I co tu teraz robić? Szukają w łazience, szukają w sypialni, szukają ją na balkonie. Czyżby dla żartów ukryła się pod stołem? Nie. Pod stołem też nie ma Alicji, leży tam tylko pies, czeka niecierpliwie na swoją porcję słodyczy.
- Alicjo!... Alicjo!... - wołają.
Alicja słyszy wołania i chce na nie odpowiedzieć, ale nie może: brnie właśnie przez grząską warstwę bitej śmietany. Jaka biała i pachnąca góra! Oczy Alicji widzą wszystko na biało. Dalej, hen, hen, widzi zbliżający się cień. kiedy trąca go nosem, stwierdza, że to wiśnia w syropie.
Naprzód, wciąż naprzód... Cóż, skoro grzęzną jej stopy. Ciasto biszkoptowe zapada się pod ciężarem Alicji, choć waży ona tyle, że para mrówek, przy niewielkim wysiłku, mogłaby ją zanieść do swojego mrowiska na własnych plecach. Pod ciastem biszkoptpwym wyczuwa coś twardego.
- Czy to już stół? Czy to karton na tacy? - Alicja pochyla się, dotyka palcem, próbuje: to czekolada. Alicja posuwa się do przodu na klęczkach, zatrzymując się co chwila, żeby polizać to tu, to tam. Nagle uderza głową o jakiś kant. - Co to za róg? Przecież w torcie nie ma żadnych ścian, korytarzy ani pokoi! O ile wiem, nikt nigdy nie mieszkał w torcie. Nawet myszy, które wolą drążyć swoje tunele w serze. I to najlepiej w parmezanie najwyższej jakości!
Okazuje się , że to nie kant, tylko czubek. A dokładnie czubek wbitego w tort lichtarzyka w kształcie stokrotki. Po drugiej stronie, w kielichu stokrotki - Alicja wie to doskonale, to tkwi jedna z siedmiu świeczek.
Alicja wspina się dzielnie po lichtarzyku. Wreszcie jej główka wynurza się z lukrowanej powierzchni tortu, w samym środku litery "o" w słowach "Sto lat", wypisanych smużką czekolady.
- Niech żyje! - wykrzykują goście i wzdychają z wielką ulgą.
- Łakomczuch! - dąsa się dziadek.
Ale i on jest szczęśliwy, że Alicji nic złego się nie stało i że będzie mogła teraz zdmuchnąć siedem płomuków na świeczkach.
Wszyscy jedzą tort, tylko Alicja nie chce. Swoją porcję już zjadła."
Gianni Rodari (1920-1980) - włoski autor książek dla dzieci. Publikował również prace teoretyczne na temat literatury dla dzieci oraz ich wychowania. Jest laureatem wielu nagród, w tym tzw. Małego Nobla - Medalu im. H. Ch. Andersena przyznanego przez IBBY w 1970.
http://www.muchomor.pl/
Etykiety:
Gianni Rodari,
Muchomor,
Paweł Pawlak
czwartek, 1 kwietnia 2010
"OPOWIEŚĆ O DRZEWIE FIGOWYM" Anna Kaszuba-Dębska
...czyli jak nauczyć się cierpliwości. Niesamowicie pięknie i pomysłowo wydana książeczka. Jej największym atutem są przecudnej urody ilustracje pani Anny Kaszuby-Dębskiej. Jej twórczość od pierwszego spojrzenia spodobała nam się niezmiernie. A mnie szczególnie. Obrazy są bardzo kolorowe, soczyste, wyraźne i ciepłe. Tak przyjazne dla oka i miłe dla duszy, że ciężko mi się z nimi rozstać. Prawdziwa esensja błogiego i beztroskiego dzieciństwa. Upokajają i wyciszają. Wzbudzają radość, euforię, dobry nastrój i chęć działania. Widać, że autorce nie brak wyobraźni, fantazji jaką pochwilić mogą się jedynie najmłodsi. Nieograniczona w formie, rozrzutna w kolorze, swobodna w przekazie. To sprawia, że książka żyje i przemawia. A treść jest nie byle jaka. To opowieść o wędrowcu szukającym swego przeznaczenia i celu życia. Kiedy już znajdzie dla siebie miejsce i zajęcie musi wykazać się cierpliwością, by spełnić swoje zadanie. Nie jest to łatwe, bo człowiek nie lubi czekać. Chce mieć wszystko na już i teraz. Ale tak naprawdę tylko to, co dojrzewa wolno i miarowo może dać nam prawdziwe owoce. Wszystko ma swój czas i miejsce. Nie można niczego przyspieszyć, bo wszystko zepsujemy. Należy tylko być spokojnym i ufnym. Dać szansę sobie i innym na rozwój i rozkwit. A nie pożałujemy. Zadowoleni i usatysfakcjonowani, a przede wszystkim szczęśliwi, osiągniemy w życiu wszystko to, co dla nas ważne.
Tego życzę Wam i sobie wraz z nową porą roku - przepiekną wiosną
i radosnymi Świętami Wielkanocnymi!
"Szczęśliwy gospodarz, który nie był już zbłąkanym wędrowcem szukającym przeznaczenia, lecz właścicielem dorodnej winnicy, poznał piękną kobietę o łagodnym sercu. Pokochał ją mocno, a ona jego. Poślubił ją w cieniu figowego drzewa i ofiarował soczystą gałązkę figowca. Szukał na niej owoców, ale i tym razem ich nie znalazł. Pomyślał, że to jeszcze nie pora na figi."
Etykiety:
Anna Kaszuba-Dębska
czwartek, 18 marca 2010
"NIC" Maria Marjańska-Czernik
W dzisiejszych czasach, kiedy tak naprawdę nie ma miejsca na żadne NIC czy żadnego NIKT, ta książka to prawdziwa rewolucja. Bo jak to możliwe by jeszcze COŚ takiego istniało sobie spokojnie, chodziło koło nas, blisko z nami żyło. Każdy przecież dąży do tego by mieć COŚ i być KIMŚ. Odpycha to co nijakie i mierne. Choć może nie zdajemy sobie sprawy czy faktycznie takie jest. Ba, nawet nie wiemy dokładnie co to znaczy. Inaczej się po prostu nie da. W przeciwnym razie człowiek nie istnieje. Jeśli nie ma NIC to, tak naprawdę nic nie znaczy. Mało kto inaczej rozumie współczesny byt. A tu proszę - książka o NICZYM i NIKIM. Oni także istnieją. Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak blisko nas. A raczej my obok nich. Bo, czyż nie jest na odwrót? To my, szczerze mówić, każdy z nas, jest NIKIM i ma wielkie NIC. Tylko, że nadaliśmy wiekszości tych spraw i osób odpowiednią range, status, ważność i sens. Dlatego całe życie wartościujemy: co jest CZYMŚ lub KIMŚ. Robimy to jednak z własnej perspektywy, stąd różne osądy i hierarchie. Należałoby choć od czasu do czasu spojrzeć na COŚ oczami innego człowieka, z drugiej strony. Może wtedy mniej byłoby zarozumiałości, zazdrości, pychy i obojętności. Zwykłe NIC i szary NIKT również mogą być ważne i ciekawe. Wystarczy trochę więcej uwagi, spostrzeagwczości i zainteresowania, by odkryć w nich COŚ i KOGOŚ.
Nie jestem wyrocznią w tych sprawach, ale wydaje mi się, iż książka przeznaczona jest dla starszych i bardziej "życiowo" doświadczonych czytelników. Niemniej jednak można podesłać ją młodszym, choćby po to by dać im szansę odczytania treści na swój sposób. Bo to pewne, że każdy znajdzie tu własną interpretację. I to jest najważniejszym przesłaniem tej książki.
"Autobus zatrzymał się przy dworcu kolejowym. Nie namyślając się dlugo, NIC poszło na peron i wsiadło do międzynarodowego ekspresu. Weszło do przedziału i usadowiło się pewnej pani na kapeluszu. Miało stamtąd lepszy widok przez okno. Pani przez całą drogę narzekała:
- Żebyście wiedzieli, ile kłopotów mam na głowie!
A krewni pocieszali ją:
- To NIC, na pewno już niedługo spadni ci to z głowy!
NIC rzeczywiście spadło tej pani z głowy, gdy tylko pociąg zahamował."
http://www.stentor.com.pl/
Nie jestem wyrocznią w tych sprawach, ale wydaje mi się, iż książka przeznaczona jest dla starszych i bardziej "życiowo" doświadczonych czytelników. Niemniej jednak można podesłać ją młodszym, choćby po to by dać im szansę odczytania treści na swój sposób. Bo to pewne, że każdy znajdzie tu własną interpretację. I to jest najważniejszym przesłaniem tej książki.
"Autobus zatrzymał się przy dworcu kolejowym. Nie namyślając się dlugo, NIC poszło na peron i wsiadło do międzynarodowego ekspresu. Weszło do przedziału i usadowiło się pewnej pani na kapeluszu. Miało stamtąd lepszy widok przez okno. Pani przez całą drogę narzekała:
- Żebyście wiedzieli, ile kłopotów mam na głowie!
A krewni pocieszali ją:
- To NIC, na pewno już niedługo spadni ci to z głowy!
NIC rzeczywiście spadło tej pani z głowy, gdy tylko pociąg zahamował."
http://www.stentor.com.pl/
Etykiety:
Kora,
Krystyna Lipka-Sztarbałło,
Maria Marjańska-Czernik
wtorek, 9 marca 2010
"JAK ZAKOCHAŁEM KAŚKĘ KWIATEK" Paweł Beręsewicz
"Skoro już się w tej całej Kaśce Kwiatek zakochałem, postanowiłem czegoś się o niej dowiedzieć, żeby mieć pewność, czy przypadkiem nie robię żadnego głupstwa. Zacząłem od dokładnych obserwacji i przez następne tygodnie starałem się wykorzystać każdą okazję na przyjrzenie się Kaśce. Woźny, pan Miecio, przyniósł do klasy nową ławkę i następnego dnia po swoim zabójczym wejściu Kaśka przesiadła się ode mnie na sam przód rzędu przy oknie. Nawet się ucieszyłem; po pierwsze, dlatego że to bardzo ułatwiło zerkanie, a po drugie, dłuższe przebywanie w bezpośredniej bliskości Kaśki Kwiatek było tak stresujące, że zupełnie nie mogłem się skupić. Oczywiście, prowadząc obserwacje, zachowywałem niezbędne środki ostrożności i starałem się równo rozdzielać spojrzenia pomiędzy wszystkie przedmioty i osoby w klasie, tak aby nikt nie mógł powiedzieć, że patrzę na Kaśkę częściej niż na przykład na tył głowy Grześka albo naderwaną klamkę przy oknie. Po paru dniach udało mi się opracować sprytną metodę operacyjną, pozwalającą odrobinę dłużej zatrzymać wzrok na pierwszej ławce pod oknem bez naruszania elementarnych zasad konspiracji. W moim wywiadowczym języku metoda ta nosiłą nazwę "spojrzenia tranzytowego". Zaczynałem od patrzenia dajmy na to na tablicę. Następnie wybierałem taki punkt, żebym, przenosząc na niego wzrok, musiał zaczepić o Kaśkę. Obracając głowę od punktu wyjściowego w stronę punktu docelowego, łapałem obserwowany obiekt (w tym przypadku Kaśkę Kwiatek) kącikiem oka i podczas całego skrętu głowy nie spuszczałem z niego wzroku. Do ostatniej chwili trzymałem się Kaśki przeciwległym kącikiem oka i dopiero wtedy przenosiłem spojrzenie na przedmiot docelowy."
Etykiety:
Paweł Beręsewicz,
Skrzat,
Suren Vardanian
środa, 3 marca 2010
"PODRĘCZNY NIEPORADNIK - MŁOTEK" Wojciech Widłak, Paweł Pawlak
O tej niepozornej, na pozór, książeczce napisano już chyba wszystko. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko podpisać się pod pochlebnymi opiniami nad świetnym wydaniem nieporadnika, dobrym humorem sytuacyjnym oraz wymownymi ilustracjami autorów. Dodam jeszcze jak "Młotek" został przyjęty przez domowników, bo to... dało się odczuć ... fizycznie. A mianowicie, moi mali czytelnicy postanowili doświadczyć "w realu" tego, o czym pisali teoretycznie Profesor Kurzawka i Adiunkt Kwas.
Wykorzystując młotek (oczywiście gumowy!) z osobistego warsztacika młodszego majsterkowicza, pociechy me postanowiły sprawdzić prawdziwość słów obu bohaterów-naukowców. Tak więc, o to co zrobiły (a raczej próbowały): jadły na zmianę nim zupę (wynik: dalsze burczenie w brzuchu i wielkie sprzątanie kuchni), prasowały własne ubrania (wynik: moje poprawki), myły zęby (wynik: kupa śmiechu i wydęte policzki) oraz układały ulubione puzzle (wynik: brak wyniku). Oczywiście wszystko to wywołało niesamowicie śmieszną wspólną zabawę, radości bowiem było co niemiara. I o to chodziło. Nie ma co! Młotek jest nie do pobicia. No chyba, że "Grzebień" - druga część niezwykłego poradnika okaże się bardziej przydatny. Na razie jednak w naszym domu, to właśnie młotek służy - nie służy do czesania włosów. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak my wszyscy teraz wyglądamy po poprannej toalecie! I co by nie przedłużać, muszę przyznać, że sprawdza się jako....domowy gilgotek małych niesposłusznych potworków. To moje osobiste odkrycie i maminy sposób na maruderstwo i nudę.
"Gra w szachy - niezależnie od tego, którą figurę zastępuje, młotek ma skłonność do łamania obowiązujących reguł i zbijania wszystkich pozostałych figur, powodując chaos na szachownicy. "
www.czerwonykonik.pl/
Etykiety:
Czerwony Konik,
Paweł Pawlak,
Wojciech Widłak
poniedziałek, 1 marca 2010
"PAN TOTI", "PAN TOTI I ULFOLUDKI" Sorn Gara
To wprowadza emocje innego rodzaju, nakłania do oceniania i posumowań oraz próby przewidywania finału. Prosty język i duże litery zachęcają moją sześciolatkę do samodzielnego czytania, a niebanalne obrazy przyciągaja wzrok ciekawskiego dwulatka. Sam początek historyjek rozbudza fantazję, bo nigdy nie wiadomo co akurat dziś wykopie Pan Toti w swojej kopalni. Moim dzieciom szczególnie przypadła do gustu Czarodziejka Torba, z której mały człowieczek wyciągał to, co było w danej chwili potrzebne. "Ale byłoby fajnie jeść lody i słodycze, kiedy tylko się o nich pomyśli" - tak sobie głośno marzył mój starszy łakomczuch.
Ale wszystko ma swój koniec. I historyjka o smutnym Smoku, który nie mógł latać, i zły los kotów-ufoludków. Bo wszystko zawsze kończy się dobrze, ale to musi także zależeć od nas samych. I tego chcę nauczyć moje pociechy. By się nie poddawały, by ciągle próbowały swych sił, by pomagały sobie nawzajem. A wtedy wszystko jest możliwe - realizacja marzeń czy wyznaczony cel. Nie potrzeba do tego żadnych czarów, tylko czułego serca i mądrej głowy.
" - Te ufoludki miały zamki błyskawiczne na brzuszkach.
- Myślisz, że to skafandry kosmiczne? - zapytał Pozytyw.
- Nie, raczej nie. Myślę, że to były zielone kostiumy.
- Czyli, że ufoludki miały na sobie kostiumy ufoludków? Wybacz, ale wydaje się to bez sensu.
- No właśnie. To chyba nie są ufoludki!"
piątek, 19 lutego 2010
"SEN, KTÓRY ODSZEDŁ" Anna Onichimowska
Prawdziwie senna książka, o śnie, śniąca... Czytając ją czułam się trochę jak Alicja w Krainie Czarów. Tyle niezwykłych przygód i taka tajemnicza aura. Przeżywałam wraz z Tomkiem jego gonitwę w poszukiwaniu Snu, który odszedł. Chłopiec i jego pluszowy zając Filip nie mogli zasnąć. To znaczy mogli i spali, ale nie przyszedł do nich żaden sen. Postanowili go odszukać. Nie była to prosta sprawa, bo Sen ciągle uciekał, zawsze był przed nimi. Tak im się wowóczas wydawało, dlatego brnęli do przodu, biegnąc czy jadąc pociągiem. Spotkali przy tym gadającego Kota, krzyczącego Policjanta, Sowy z wielkimi żółtymi oczami, przemiłą Babcię, aż w konću Pana w Kapeluszu. Każdy z nowych znajomych wskazywał im drogę do Snu, opowiadając przy tym czym dla niego jest Sen. A każdy ma i powinien mieć inny, nie ma jednego i tego samego Snu. Jeden jest kótki, inny długi, kolorowy lub też czarno-biały. Byleby nie był nudny. Najważniejsze jednak, aby przyszedł. Tych, którzy ciągle się śpieszą i nie myślą nawet o spaniu, Sen nie dogoni. Nigdy nie sprawi im prawdziwego odpoczynku duszy i ciała. A przecież we Śnie wszystko jest możliwe, zdarzyć się może to czego nigdy nie doczekamy w rzeczywistości. To nasze marzenia, pragnienia i skryte myśli, których nie wypowiemy. Wydawać by się mogło, że to najwspanialsza rzecz jaka może nam, ludziom, się przytrafić. Nie potrafimy tego docenić. A powinniśmy się zanurzać w tych nieogarnionych bezkresach wyobraźni, należy to pielęgnować, by nie zwariować żyjąc tylko na jednej płaszczyźnie. Szczęśliwy ten, kto śni, nieważne jakie sny przychodzą, ważne by Sen był i dał wytchnienie. By zawiódł nas tam, gdzie nigdy nie dojdziemy. By dawał nadzieję na lepsze jutro i na inny lepszy byt.
Tomek i Filip znaleźli Sen, w końcu. Wtuleni w siebie, nakryci ciepłą kołderką, marząc o ciasteczku, marchewce, ukołysani miłym głosem Babci. No właśnie bo to chyba najistotniejsze, by ogarnął nas błogi i niezakłócony spokój. Aktóz inny może nam go dać, jak nie kochająca bliska osoba.
Niesamowitą atmosferę wprowadziła do książki ilustratorka. Swoimi ciemnymi, trochę mrocznymi, ale jakże miękkimi i ciepłymi obrazami. Dzieła pani Krystyny Lipka-Sztarbałło są jak sen. Przecież inaczej być nie mogło. Myślę, że jej udało się złapać Sen i zamknąć w tej cudnej książce. Przymglone, konturowe, leciutko rozświetlone migawki wizualizacji wnętrza naszej senności. Delikatne i ulotne, ale bardzo sugestywne i wymowne. Zapadają w pamięć, jak niektóre sny. Których się nie zapomina. Jeśli wogóle do nas przychodzą. Jeśli im na to pozwolimy.
"Była to malutka stacyjka, zupełnie inna od dworca, na którym wsiadaliśmy. Cicha, ciemna, nie było tu ani ludzi - nawet pana dróżnika ani zawiadowcy - ani żadnych pociągów. Tylko drzewo i tablica z napisem: Sen. No i - pod drzewem...
- Widzisz? - szepnął Filip, przytulając się do mnie.
- Tak - odszepnąłem. - To musi być on.
- Skąd wiesz? - spytał zając.
- Zobacz, jaki ma kapelusz... - wyjaśniłem najlepiej jak umiałem.
Pan w Kapeluszu siedziął przy biurku i pisał coś w ogromnej księdze. Nie zwracał na nas żądnej uwagi, chociaż podeszliśmy już całkiem blisko i przyglądaliśmy mu się w milczeniu. Nigdy jeszcze nie widziałem takiego kapelusza. Był czarny i tak olbrzymi, że co chwila zahaczał o najwyższe konary drzewa.
- Zawsze miałem słabość do dużych kapeluszy - odezwał się, nie podnosząc znad księgi głowy. - Uważacie, że mi w nim nie do twarzy?
Nie bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć, bo jak do tej pory nie widziałem jeszcze jego twarzy, tylko ten kapelusz. Milczałem więc, czekając, aż na mnie spojrzy. Filip chyba też czekał, bo nic nie mówił, tylko co chwila mnie szturchał."
Etykiety:
Anna Onichimowska,
Ezop,
Krystyna Lipka-Sztarbałło
środa, 10 lutego 2010
"PADDINGTON I ŚWIĄTECZNA NIESPODZIANKA" Michael Bond
I w końcu jest! Dopiero teraz udało nam się "dorwać" Paddingtona w bibliotece. Całą zimę była do niego kolejka, a że już po świętach, to chyba trochę stracił na popularności. Podejrzewam jednak, że kto polubił symaptycznego Misia, wróci do tej książeczki nawet wiosną czy latem. Zwłaszcza, że wtedy tęskni się za zimą, Mikołajem i bałwanem. To nasze pierwsze z nim spotkanie, a od razu urzekł i oczarował. Śmieszny, mądry i kochany. Przy tym bardzo oszczędny, żeby nie powiedzieć skąpy, ale to chyba za duże słowo (cehca zauważona po tym, jak bohater, pełen samozaparcia odmawiał sobie bułeczek by uzbierać na wizytę u Mikołaja). U mojej córki zyskał tym sobie szacunek i podziw. Ma to niebagatelne znaczenia dla młodych czytelników, którzy w czasach wszechobecnej konsumpcji nie potrafią lub nie chcą albo nie muszą nawet oszczędzać. Ja byłam wychowywana inaczej i swoje dzieci też namawiam, by "wolne" czy zarobione pieniążki wrzucały do skarbonek. Jak znalazł, potem można je wydać na jakąś małą zachciankę.
Nie dziwiliśmy się więc z niezadowolenia Paddingtona, kiedy wymarzona podróż do warsztatu świętego Mikołaja i Zimowej Krainy Cudów nie spełniła jego oczekwiań. Każdy by się zdenerwował bałaganem, śmieciami, połamanymi reniferami, a przede wszystkim absencją głównego celebryty! Miś nawet sam próbował naprawić latarnię morską, ale .... co z tego wynikło... odsyłam do książki. Śmieszna fabuła i zaskakujący finał gwarantują dobrą zabawę, nie tylko dzieciom.
Poza tym świetne wydanie, bo nam osobiście, bardzo podobają się duże formaty książek, gdzie wielkie ilustracje dają tyle możliwości poznawczych. Póki co, dzieciaki ciągle do niej zaglądają i wspominają swojego Mikołaja, choinkę i zabawy na śniegu.
"Kiedy kierownik zniknął za jednymi drzwiami, Paddington wszedł innymi.
- Chyba udało mi się znaleźć usterkę w tej latarni morskiej, panie Brown - zawołał. - Niedźwiedzie są dobre w naprawianiu różnych rzeczy i...
Ale zanim zdążył skończyć zdanie, w warsztacie świętego Mikołaja rozległ się głośny trzask i wszystkie światła zgasły.
- Gdzie on jest?! - krzyczał kierownik. - Gdzie on jest? Dam mu taki prezent, że popamięta do końca życia!
Pani Bird chwyciła mocniej parasolkę.
- Chdźmy już - powiedziała. - Wydaje mi się, że mamy dość cudów jak na jeden dzień."
www.znak.com.pl
Etykiety:
Michael Bond,
R.W. Alley,
Znak
Subskrybuj:
Posty (Atom)
